wtorek, 14 kwietnia 2009

Cyfrowy manuskrypt


Od najmłodszych lat próbowałem naśladować wielkich tego świata poprzez prowadzenie pamiętnika. W moim dzienniku skrzętnie notowałem najdrobniejsze szczegóły i wszelkie obserwacje, zazwyczaj dotyczyły one błahych uroków codziennego życia. I tak na kartach pamiętnika zamieszkały opisy posiłków, sprawozdania z zajęć w szkole oraz rozmaitości z życia mojej familii. Żałuje, że mój młodzieńczy zapał skryby zgasiła rutyna i brak systematyczności bowiem te trzy notesiki zapisane niewprawnym dziecięcym pismem są dla mojej prawie już dorosłej córki artefaktem (tak zwykła o nich mówić) i namacalnym świadectwem na to że kiedyś byłem dzieckiem.
Dlatego gdy koleżanka z pracy zdziwiona powstaniem bloga, który właśnie czytasz zapytała po co ? odparłem bezrefleksyjnie, że traktuje go jako wygodny, publiczny i reanimowany pamiętnik. Najbardziej zastanawiające jest to, że póki nie wypowiedziałem tych słów, sam nie zdawałem obie sprawy z powodu dla, którego powołałem do życia ten cyfrowy manuskrypt.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Yo no creo en brujas, pero hay - Nie wierzę w czarownice, ale one istnieją


Skuteczną odtrutką na malaryjne temperatury ( o zgrozo ! 22 C) jest spacer po stabilnej przestrzeni o słusznym stopniu wilgotności, doskonale w tej roli wypada park Szczytnicki. Gdy tylko dotarłem na miejsce, zorientowałem się, że nie tylko ja wpadłem na genialny pomysł spędzenia sobotniego popołudnia. Zielona oaza przeżywała najazd hordy tubylców betonu. Zajmowali się oni głównie okupowaniem ławek i utrudnianiem ruchu w wąskich alejkach (tyczy się to głównie kobiet, które jak w transie pchały przed sobą wózek z małym tubylcem na pokładzie, który taranował wszystko z gracją lodołamacza). Miałem na podorędziu jedynie egzemplarz Domu Ciszy Orhana Pamuka, wykluczało to jakąkolwiek walkę gdy szykowałem się już do odwrotu spotkałem Czarownicę.
Tak przynajmniej się przedstawiła, była to niewątpliwie osoba leciwa o rachitycznej sylwetce, porozumiewająca się ze światem sobie tylko znanym leśnym dialektem, gdy wreszcie przemówiła we wspólnym zrozumiałem, że albo dam jej na wino (zdziwiło mnie czemu nie zbiera na szklaną kulę) albo oberwę złym urokiem. Postanowiłem nie ryzykować i o lżejszym o 2 zł portfelu oddaliłem się w bezpieczne miejsce. Po tej metafizycznej przygodzie jestem przekonany że więcej prawdy o czarownicach kryje się w stereotypach o kobiecie w szpiczastym kapeluszu, brodawką na nosie i wrednym usposobieniu niż szlachetnej starowinie mieszkającej na skraju lasu, wspierającej okoliczną ludność w rozmaite zioła i wróżby, która źle skończyła bo napatoczyła się inkwizytorowi na krucyfiks. (Swoją drogą zwykle na stosach płonęły akuszerki, oskarżane przez łapiduchów o czarcie praktyki a tak naprawdę mścili się oni za to, że odbierały im prace).

poniedziałek, 23 marca 2009

Upierzona Żmija

Proceder nałogowego oddawania się czytelniczej pasji w połączeniu z szlachetną, ale jakże już archaiczną profesją bibliotekarza może doprowadzić do choroby zawodowej, która nie ma jeszcze kwiecistej medycznej nazwy, okraszonej szczyptą łaciny (choć lekarze - chorobotwórcy niebawem zmienią ten stan). Wracając do tematu ostatnimi czasy zacząłem poważnie się zastanawiac czy nie dopadła mnie rutyna i jej esencja w postaci braku jakiejkolwiek satysfakcji z czytania. Myśli wirowały mi w głowie, serce kołatało z niepokoju aż natrafiłem na Popol Vuh autorstwa Dennisa Tedlocka. Niesamowite antropologiczne dzieło ! Przez kilka wieczorów oderwało mnie od rzeczywistości ... poznawałem wierzenia Majów ich proroctwa, szczegółowe opisy rytuałów (które nie były wcale znowuż takie krwawe jak zwykło się je przedstawiać w hoollywódzkiej papce). Mało tego autor zadbał o komplet wszystkich mitów i nawet miłą mej duszy szczyptę poezji.
Drogi czytelniku gorąco polecam ! Popol Vuh, Dennis Tedlock, editio 2007

W ramach ciekawostki słowniczek:

tz'ikin - jeleń
k'anti - ptaki
b'alam - jaguary
koj - pumy
che'ixi - ryby
dagott'e - puszyste kobiety (filigranowe nie cieszyły się wzięciem)
yatas'kn - pułmisek
sochoch - uczta

poniedziałek, 9 marca 2009

Potęga skryta w wersach

Choćbyśmy byli największą z powstałych dotąd ras, wiedza i technologia nie ochroni nas gdy z ciemnościach oni nadejdą jak wszyscy z ich rodzaju. Ni z ciała, ni z krwi, ni z kości, acz są wielką ciemnością, której się boimy, Jedynie bezgraniczne oddanie Panu rozpali w naszych sercach ogień, który rozproszy plugawy pomiot
- fragment kazania wielebnego Warda Philipsa, AD 1846.

Fenomenalny przykład na to, że część kleru nie może pogodzić się z Apokalipsą św Jana i zamiast pokornie przyjąć osąd Boży, zachęca do podjęcia aktywnej walki z czterema jeźcami i ich sługami.

Maria: Nie jest umarłym ten, kto spoczywa wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.
Pietro: Ale dlaczego, miłości moja muszę dla Ciebie umrzeć ?
Maria: Ponieważ żywym kocham Cię tylko przez dzień, a martwym będę kochała wiecznie.
- duet Macabre z aktu pierwszego Benvento Chieti Bordighera, AD 1768.

Olbrzymi ładunek emocjonalny skryty w powyższym dialogu niesamowicie promieniuje na czytelnika. Podobnie jak po lekturze Urzędu Tadeusza Brezy czułem brzemię depresji przez kilka dni taki i po zapoznaniu się całym dziełem Bordighera czuje odrazę do miłości, która ma tylko jedną wadę, kończy się w raz z ostatnim tchnieniem.